wtorek, 22 stycznia 2013

Wąsy Sadama Husajna, trawka narkotyczna i miasto bez wyjścia.


Always look at the white sky and you lose your head in the clouds
Wanna step onto them and float onto their ground
You appear from the hillside and there's a funny look in your eye
Between a rock and a hard place and I will either do or say die
Spins the phrases together 'til something starts to make sense
Talk of the future ignoring the present tense
 


Siedziałem na dworcu autobusowym w Szefszawan i głowiłem się, dlaczego gniję już drugą godzinę zamiast chodzić po górach, a autobusu jak nie było, tak nie ma. Ostateczne rozwiązanie tej arcytrudnej zagadki nieźle mnie zdziwiło oraz zawstydziło. Ale po kolei.




Pierwsze słowo z frazy „autostopem na Saharę” definitywnie zadomowiło się w cudzysłowu właśnie w Szefszawan. Marokańska gościna nie pozwoliła mi na opuszczenie Tangeru za pomocą okazji samochodowej. Myślałem sobie, że uda mi się kontynuować gnębienie kierowców na kolejnym etapie, ale się przeliczyłem.
Szawszawan nie tylko zapierał dech w piersiach ale również przywitał mnie licznymi cudami na kiju. Miasto słynie z dorodnych upraw trawki narkotycznej, jest prawdopodobnie największym eksporterem haszu w tych rejonach Drogi Mlecznej i jego mieszkańcy wcale się z tym nie kryją.
Trawka narkotyczna chyba miała mi za złe że nie chciałem z nią już dłużej romansować i starała się przemówić mi do rozsądku. Ale ja się nie dawałem.

W drugi dzień mojego pobytu postanowiłem pochodzić sobie po górach Rif i zobaczyć, o co tam chodzi.
Spakowałem plecak, energy drinka którego dostałem w prezencie od tirowców i ruszyłem w góry po Januszowemu, czyli zamiast wychodzonym szlakiem- na przełaj, jak jakiś debil. Słońce ostro grzało w łeb i po jakichś czterdziestu minutach zacząłem słyszeć głosy.

-Heellloo!

Rozejrzałem się. Jakieś krzaki, dookoła góry, arabskie i żydowskie nagrobki, piękny widok na miasto …


…bajka, ale dookoła brak żywego ducha. Albo naprawdę słońce wysoko, albo ja się zbyt mocno pogrzałem nadprogramowym THC w drodze przez Hiszpanię.

-Heeeeeey!

Znów się rozglądam i dalej nikogo nie widzę. Podróżowanie mi nie służy. A może to z grobów? Pochowali kogoś żywcem? Kto wie czego się można spodziewać po berberskich dilerach haszu.
Pusto. 





Po chwili zwątpienia ruszyłem dalej przed siebie.
I wtedy ujrzałem.
Jakiś dziwny facet, stoi skulony w krzakach. Przytula się do tych zarośli, zaleca? Mina jakaś taka nietęga i do tego oczywiście wąs w stylistyce SadamHusajnSeductiveDiscoBagdad1979. Stoi, łasi się do zieleniny i coś do mnie mruczy.
Myślałem, że fajnie byłoby go wyminąć, ale nie chciałem wpaść do żadnego otwartego grobu. W drugą stronę byłoby zbyt stromo i zapewne sturlałbym się na sam dół.


Skończyło się tak, że zaciągnął mnie do swojej willi. Była zbudowana z kijków. Widok za milion dolarów, ale perspektywy marne. Facet mieszkał z rodziną która chwilowo gdzieś znikła, hodował owce, osły, figi, owoce kaktusa i konopie indyjską. Gadał całkiem nieźle po angielsku i po hiszpańsku, gaworzyliśmy sobie przy stoliczku w cieniu jakiegoś pokracznego drzewa i było miło. Na samym początku spytałem go, czy nie chce czasami pieniędzy za to całe oprowadzanie, ale odparł, że chce tylko poćwiczyć angielski i dowiedzieć się czegoś o świecie. Pokazałem mu pocztówkę Zielonej Góry i zdałem sobie sprawę, że spędziłem dzieciństwo w całkiem pięknym miejscu. Później spytał, czy chce zobaczyć jego „roślinki”. W "domu" (coś jak altanka na działce waszej babci) trzymał zasuszone snopki (wuchtę, tej- kilkadziesiąt takowych) maryhuaniny - wg. mojej wyceny jakieś kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zastanawiałem się jakim cudem żyje w domu z patyczków i starych cegieł. Chciałem zobaczyć, jak to jest  trzymać tak dużą ilość pieniędzy w garści i chwilę pomachałem sobie marokańską palemką wielkanocną.




Następnie zrobiliśmy sobie parę przesłitaśnych fotek z ramienia i uznałem, że muszę już spadać, bo nie tędy droga. Zrobił się dużo mniej gadatliwy i jakiś taki zamknięty w sobie. Kilkadziesiąt metrów szliśmy w milczeniu mijając kaktusy różnych kształtów i rozmiarów, aż raptem stało się to, co musiało się stać, czyli „please give me 30 euros for my hospitality”. Stanowczo go wyśmiałem i kontynuowałem drogę w milczeniu. A on zapewniał, że przecież normalnie od zabłąkanych turystów z Europy bierze 100 euro za te niezwykłe atrakcje. W Tangerze nagabywał mnie agresywny ćpun, natomiast ten koleś był jakiś dziwnie przymilny. Zacząłem się zastanawiać, czy nie jest czasami jakiś ciepły i czy mu się aby nie spodobałem. Dalej coś mi niby zrzędził, niby się próbował przykolegować. Rzuciłem okiem na jego WĄS.
Mój wąs prezentował się blado. Wzdrygnąłem się znów.
Jego wąs.
Moja sakiewka.
Jego wąs jakoś dziwnie się poruszał.
Moje buty.
Jego wąs.
Ostatecznie otrzepałem się jak pies wychodzący z jeziora i dałem mu wszystko, co miałem przy sobie, czyli 3 euro, żeby już tylko przestał się przymilać i gadać bzdety. I żeby uciec od wąsów. Od razu w tym momencie skończył odprowadzanie i poszedł sobie wreszcie. Uff…

Nie pytałem o możliwość publikacji. Mam nadzieję, ze nie przygniecie go sława .

Napiłem się świeżej wody ze strumyka, pochodziłem jeszcze po mieście i uznałem, że trzeba zawijać kiecę i lecieć na Saharę.
W dalszym ciągu chciałem złapać stopa, ale miasteczko mnie polubiło i nie chciało wypuścić.
Znalazłem się na przedmieściach, które wyglądały jak Bagdad po wizycie amerykanów.
Wszędzie jakieś niedokończone domy, śmieci, smród, stare samochody i plamy oleju. W tle dla kontrastu piękne doliny i góry znikające w nisko zawieszonych chmurach.

Z tego punktu można było zauważyć, że z Szawszawanu w kierunku Fezu prowadza dwie drogi- jedna gdzieś w pizdu przez środek zadupia, a druga jeszcze kawałek dalej. Obie wyglądały równie zachęcająco jak wąs poznanego wcześniej kolegi. Nie miałem pojęcia, w którą stronę się udać. Poszedłem przed siebie. Zapytałem pięć osób o kierunek. Od każdej usłyszałem zupełnie inne tłumaczenie. Napisałem że były tylko dwie drogi? Tak, marokańska logika, nie wiem, co mam wam napisać. Allah jeden zna odpowiedź.
Była też grupka zarozumiałych rzezimieszków naprawiających jakiegoś starego szrota, którzy rozkosznie się roześmiali na hasło „autostop” i „rut de Fes”. Potwierdzili, że kierunek który obrałem jest dobry, ale jakoś im nie ufałem.


Postanowiłem spróbować metodą prób i błędów. Szedłem przed siebie przez meliniastą drogą, czując się jak w wojennym reportażu wieczornych wiadomości z TVP. Po kilkudziesięciu minutach doszedłem do miejsca, wielbłądy mogłyby szczekać dupami, gdyby tylko były jakieś wielbłądy albo cokolwiek poza niedokończonymi budynkami i rdzewiejącymi wrakami.
Nie napotkałem po drodze żadnego sprawnego pojazdu, nie licząc starej śmieciarki, z której wysypywały się jakieś obleśne puszki i ości.
Zawróciłem.

Minąłem rzezimieszków.

Chyba zmierzyli mnie triumfalnie, ale postanowiłem poudawać Jamesa Bonda i nawet się na nich nie spojrzałem.
Szedłem twardo w drugą stronę. Po kilkunastu minutach marszu pod górkę i w słońcu ujrzałem jeszcze więcej zadupia i drogę, która ciągnęła się kształtem serpertynopoodbnym kolejne kilkanaście kilometrów.
Odechciało mi się.
Wróciłem z powrotem.
A później znów zawróciłem.
Gdyby nie fakt, że na ulicach było pusto stałbym się niechybnym obiektem kpin chodząc tak w dwie strony przez tyle czasu. Chcę zaznaczyć, że nawet małe dzieci by się ze mnie śmiały. Jeśli śnił wam się kiedyś pokój, z którego nie można się wydostać, bo za otwartymi drzwiami czają się kolejne, zamknięte, a za oknem ktoś raptem zbudował mur z cegieł, to było właśnie coś w ten deseń. A droga do błękitnego miasteczka, hotelu, Medyny i restauracji była bardzo długa, bardzo kręta, bardzo stroma i bardzo brzydka.

Postanowiłem jednak wrócić.


A w połowie drogi mi się odwidziało.
Znów stanowczo zmieniłem kierunek i znów znalazłem się na tym pieprzonym rondzie, którego wszystkie rozwidlenia prowadziły nigdzie. Ukazała mi się piękna, filozoficzna alegoria życia i takie tam.
Przechodząc jedną z ulic po raz dziesiąty ujrzałem kolejną drogę, której wcześniej nie zauważyłem.
Wyglądała jak wyjazd z miasta. Eureka, kurde!
Poszedłem, szedłem, szedłem, aż zacząłem zbliżać się do kolejnego domu z cegieł w stanie niemalże surowym.
Raptem, znów nie wiadomo skąd, na środku drogi prowadzącej przez step szeroki, wyłonił się kolejny kochaś- wielbiciel, producent i smakosz trawki narkotycznej. Chciał mnie zaprosić do domu i sprzedać mi płody swojej ziemi. Powiedziałem mu, że w dupie mam, nie palę, pływam, szanuję płuco, zdrowe życie, pięć posiłków dziennie, warzywa, witaminki, fitness, zdrowie, korzonki, słońce, skipping A, skipping B, Krzysztof Ibisz jest moim wzorem i nie mogę tak postępować.
I on też zrobił się przymilny. Zapewnił mnie, że nie chce wcale moich pieniędzy i że jak nie chce palić trawki to spoko, ale żebym wpadł do niego do domu na obiad, bo będzie bardzo fajnie. A może coś jednak kupię, a może się polubimy. Zza krzaka wyleciał też jakiś krzywy pies i zaczął się ślinić na jezdnię. Był bardzo brzydki. Spojrzałem na psa. Spojrzałem na kochasia.
Na psa.
Na swoje buty.
Nie pytając mnie o zdanie wykonały one szybki manewr odwracając moje ciało o 180 stopni. Przyśpieszyłem kroku. Kochaś coś wołał i zapraszał mnie do siebie. Pies dalej dyszał i się ślinił.

Wróciłem na pieprzone rondo.

Z tej perspektywy dworzec autobusowy wyglądał niezwykle kusząco.
Wszedłem do środka. Było chłodno. Wyszedłem na plac. Sprzed nosa odjechał mi autobus do Fez. Następny miał być za 3 godziny.

Przyjechał za pięć godzin.



To był bodajże trzeci dzień w Maroko i dziesiąty mojej podróży.
Zdecydowanie najwyższy czas aby zapytać się polskiej parki napotkanej na pustym dworcu dlaczego autobusy tak się tutaj spóźniają i zdać sobie sprawę, że znalazłem się w strefie czasowej przesuniętej o dwie godziny.

Podróżowałem przez kilka dni nie mając pojęcia, jaki jest czas. I wszystko było perfekcyjnie OK. Jak tu nie kochać Afryki?

Był to również czas, aby zdać sobie sprawę, że autostop w Afryce jesienną porą (czyli w takich warunkach jak u nas w środku sierpnia) nie należy do najlepszych pomysłów.

Tam też zauważyłem, że na każdym marokańskim dworcu i w każdym znajduje się meczet. A pracownicy z niego korzystają i modlą się pięć razy dziennie. I mają dzięki temu bardzo dużą zawartość chilloutu we krwi.

W końcu wsiadłem do autobusu.
Znów byłem jedynym bladolicym. Robiło się ciemno, ale widziałem, jak niesamowicie zmienia się krajobraz. Z gór zrobiła się pustynia, później znowu góry, tylko jeszcze wyższe, lasy, góry…ciemność. Mnóstwo gwiazd i sierp księżyca, taki jak na muzułmańskich flagach.

Prawie zapadłem w drzemkę. Hamowanie... jakiś przystanek. Wybudziłem się ze snu – autobus stał pusty. Sam siedzę? Co jest, napad?
Wyszedłem. Na każdej stacji meczet. Wszyscy myju-myju i do modlitwy.

Ja, niewierny, przechadzałem się wśród pachnących stoisk z grillowaną baraniną, smażoną kiełbasą z jagnięciny, wędzonymi serami i owocami. Takie stragany stoją na każdym przystanku na którym zatrzymują się autobusy wiozące miejscową ludność.

Była gwieździsta noc, wdychałem zapachy afrykańskiej kuchni, patrzyłem w niebo i myślałem, jak to będzie przenieść się w czasie. Czekała na mnie największa wielkomiejska ostoja średniowiecza na Ziemi – Fez.






Dzisiaj post krótki, bo stałem się tymczasowo człowiekiem pracującym etatowo i nie mam czasu. Jak już zostanę multimiliarderem, to znów będę pisał więcej. A co.

Albo nie. Teraz posty będą krótsze, za to będzie więcej zdjęć.

Cytat na samym początku posta to tekst tego zacnego utworu.


Nie spodziewałem się w roku 2013 usłyszeć zbyt wielu świeżych brzmień, a tu takie zaskoczenie na klatę.

Zdecydowanie potrzebowałem pozytywnej muzyki.
A zespół ten znalazłem u chłopaków z GetAwayTo

Szacunek ludzi ulicy z mojej strony. 
Nie żeby mi imponowało, że polecieli na jakąś głupią wyspę i kręcą nudny film- nie będzie tam strzelanin, wampirów, ani Borysa Szyca, także nie oglądam, a poza tym podróżowanie jest dla słabych... 

...ale za to jakie dobre wrzuty zapodają do sieci!






sobota, 5 stycznia 2013

Janusz zaniedbał blogaska. O marzeniach.




Jak bardzo otoczenie i styl życia zmienia sposób myślenia. Tyle czasu zasuwałem po świeżym powietrzu całymi dniamiOtwarte przestrzenie, ciasne, śmierdzące uliczki, pachnące targi pełne stoisk z owocami i przyprawami, zgrzybiałe hotele, piękne widoki z okna, improwizacja, czas na myślenie, cwaniacy, złodzieje i lokalne ćpuny których trzeba było unikać jak ognia, pustynia, szum oceanu, dzikie plaże, niezwykle rozgwieżdżone niebo. Nocne rozmowy z pasjonującymi ludźmi, drzewa dające cień na środku pustyni, nowe potrawy, smaki, zapachy, otoczenie. Mózg pracował na podkręconych obrotach. Miałem w głowie tysiące książek i melodii.


Janusz wrócił z Afryki i poszedł do pracy, żeby nie było, że jest takim niepoważnym bucefałem i żeby nie trwonić pieniędzy, które są przeznaczone na podróżowanie (czyt. Święte i Nietykalne). Zamienił plecak i berberską chustę na dwa zsynchronizowane monitory, rozmowę w języku migowym na rozmowę przez telefon i e-maile. Biuro, papiery, zamówienia, klienci, komputer, długopisy, pieczątki, drukarki, magazyny, sklepy internetowe, dzień pracy, schematy, rachunki. O Afryce przypomina teraz tylko dywan z wielbłąda, Ręka Fatimy i kilka biletów autobusowych przyczepionych do tablicy korkowej.

Z kilkunastu godzin wędrówki z plecakiem zrobiło się osiem godzin siedzenia przy komputerze w pracy. Kreatywności starcza tylko na muzykę, a pisanie musiało zaczekać.

Mamy Nowy Rok!
2012ty był chyba najbardziej wymagającym w moim życiu. Wiele pojedynków wygrałem, wiele spartaczyłem.
Od kilkunastu miesięcy staram się spisywać każdy dzień swojej egzystencji. Kilka dni temu zdobyłem się na przeczytanie całego poprzedniego roku. Zajęło mi to ponad 4 godziny, ale odbyłem podróż w czasie.

Nie macie pojęcia, ile wspomnień wam ucieka. Ile niesamowitych chwil ulatuje z pamięci. A można do nich wrócić, znów je przeżyć.
Ten rok był niesamowity. Chociaż zaczął się grypą i wieloma trudnościami, chociaż wydawało się, że krzywo w niego wszedłem i w dodatku lewą nogą to... tylko się wydawało.
Zacząłem medytować. Zawsze chciałem zacząć, ale nie wiedziałem co trzeba robić, żeby wejść „w ten stan”. Nic nie trzeba robić.

Nie przestałem tworzyć muzyki. Dużo się nauczyłem na błędach.
Nie przestałem pisać pamiętnika.
Spędziłem wiele niesamowitych nocy na dachu poznańskiego wieżowca o najbardziej nietypowych porach, oglądając rozświetlone miasto z góry z przyjacielem, który najbardziej mi pomógł podczas najgorszego okresu w moim życiu. A parę razy zabraliśmy tam kilka innych istot ludzkich poznanych podczas wspólnych wypadów na miasto i zrobiło się jeszcze przyjemniej.
Nocami śmigałem rowerem po pustych poznańskich ulicach oraz pobliskich miasteczkach i bardzo mi się to podobało.




Były miłe imprezy i kilka niezapomnianych wieczorów z przyjaciółmi.
Poleciałem do Norwegii. Moja pierwsza samotna podróż, chociaż teraz widzę, że raczej wycieczka. Poznałem świetnych ludzi, odkryłem, że nie warto odkładać marzeń na później tylko po to, żeby nie realizować ich samemu. Że pewne rzeczy lepiej robić na własną rękę. Przywiozłem tony świetnej muzyki (do dzisiaj nie odsłuchałem nawet połowy), doświadczeń, głodu dalszej podróży i poznawania świata.
Skończyłem studia, zdałem licencjat i to na piątkę (nie żeby miało to jakieś znaczenie, ale chociaż rodzinka się cieszyła). Wreszcie zakończyłem ten etap. Nic mi nie wisi nad głową. Poprzedni rok był najgorszym rokiem w moim życiu i były takie chwile gdy myślałem, że nie dam rady, że już nie mam siły. Nie chcę, nie umiem, nie potrafię.
Ale ścisnąłem się za jajka i udało się. I to w dobrym stylu.




Ponad miesiąc mieszkałem w Monachium w… instytucie patologii. Czasem rano pracownicy wynosili trumnę do karawanu. Memento Mori. Wydaje nam się, że tak dużo czasu mamy na swoje marzenia, że ciągle będzie jakieś później. Otóż nie.
Jeździłem o czwartej rano rowerem po opustoszałym mieście do pracy i myślałem nad życiem. Biegałem w kaloszach. Jadłem precle z masłem i serem. Kąpałem się w rzece. Doszedłem do wniosku, że Niemki to piękne i niesamowicie zadbane kobiety (serio, wcale nie wyglądają jak krowy, są miłe, urocze i ślicznie się uśmiechają- mit obalony). Bardzo miły czas. Konfrontacja z własnymi ograniczeniami w wielu różnych sferach. 



Później znów miesiąc w Polsce, kilka bardzo pozytywnych zaskoczeń i wspaniałych chwil.
Następnie Hiszpania. Trochę czasu z moją siostrą, która jest również zajebistą przyjaciółką. A później pojechałem autostopem do Maroko. Nie wiedziałem czy się uda, obawiałem się wielu rzeczy, ale byłem uparty i również się udało. Moja pierwsza długa samotna podróż. Spędziłem dwie noce na Saharze. Biegałem nago po najpiękniejszej plaży, jaką w życiu widziałem. Mnóstwo niesamowitych przygód, emocji. Wspaniali ludzie i inspiracje. Uznałem, że koniecznie muszę opanować kolejny język, bo niektórzy w moim wieku znają już po pięć. Płynnie, bez akcentów. Założyłem sobie tego bloga, bo czemu nie? Zamierzam dalej podróżować. Jeszcze więcej.

Zdałem sobie sprawę, że podróże towarzyszą lub poprzedzają wszystkie najważniejsze momenty w moim życiu. Zawsze wkrótce przed, niedługo po lub w trakcie podróży dzieje się coś przełomowego.

Po skończeniu liceum pojechaliśmy z kumplem autostopem do Holandii. Przez trzy tygodnie zwiedziliśmy prawie cały kraj. Szukaliśmy pracy, ale nie znaleźliśmy jej, bo przyjechaliśmy w złym terminie, nie znaliśmy niderlandzkiego, a po angielsku gadają tam nawet pięcioletnie dzieci i stare dziadki pracujące w szatni. Chyba taki los, dobrze się stało.

Kiedy byliśmy w Haarlemie albo w Hadze- już do końca nie pamiętam- wybrałem się sam na plażę. Wziąłem ze sobą kartkę i długopis. Zapisałem na niej listę mojego życia. Rzeczy, które chcę zrobić, zanim się zestarzeję i zanim umrę. Znalazły się tam różne pozycje- od „nauczyć się śpiewać”, przez „nauczyć się pływać wszystkimi stylami”, „ogolić się na łyso” do „zarobić milion” i „kupić dom nad morzem”. Teraz to jest bardzo modne na blogach samorozwojowych, wtedy chyba jeszcze nie było.
Niektóre z tych celów wcale nie są już dla mnie ważne. Niektóre dalej są. Inne wręcz mnie śmieszą.
W pewnym momencie, chwilę przed tym, zanim skończyłem pisać, zawiał wiatr.
Kartka uciekła z moich rąk. Zaczęła turlać się po piasku, a później trzepocząc wzleciała w powietrze. Zerwałem się i zacząłem ją gonić. Chciałem ją odzyskać. Biegłem sprintem, ale wiatr był szybszy. Kilka razy już prawie ją miałem, ale podmuch znów ją zabierał, jakby bawił się ze mną w kotka i myszkę, a wtedy traciłem równowagę i przewracałem się na piach. Spacerowicze zastanawiali się, co takiego jest na tej kartce, że aż tak mi na niej zależy. Kilka razy lądowała na kocach innych ludzi. Kiedy chcieli ją dla mnie złapać, znów uciekała. W końcu ją dorwałem, ale prawie dostałem zadyszki.

Czasami lubię wierzyć w romantyczne symbole.

Goniłem swoje marzenia- dosłownie. I złapałem je.

To było prawie cztery lata temu. Podobne listy zrobili moi przyjaciele, niektórzy jeszcze na lekcjach w liceum. Rok po powrocie z Holandii zapytałem ich jak im idzie odkreślanie kolejnych pomysłów. Okazało się, że wszyscy pogubili swoje listy - przy sprzątaniu pokoju, przy wyrzucaniu szkolnych podręczników, albo po prostu uznali że to dziecinne albo nierealistyczne. Wyrzucili swoje marzenia.

Moja lista, pognieciona i pomarszczona niczym jeden z tych sztucznych pirackich listów, które  za dzieciaka pisaliśmy piórem i polewaliśmy herbatą, żeby zżółkły (uwielbiałem to robić, nie wiem jak Wy) dalej leży w moim pokoju. Jest dla mnie bardzo ważna. Wyznacza mi kierunek. Chociaż jest już lekko przestarzała a niektóre cele zmieniłem nieznacznie w biegu, to lubię czasami do niej powracać. Przypominam sobie ten czas, kiedy zaczynałem podróżować. I dalej to kocham. Dopiero patrząc wstecz, kiedy czytam dni mojego życia zapisane w pliku na dysku twardym zdaję sobie sprawę, jak niesamowicie kolorowe ono bywało. I wasze na pewno też, a idąc do pracy w szary, deszczowy i zimny dzień można o tym zapomnieć.
I po prostu czuję się lepiej.

Odkreśliłem już 8 celów na 80.

Zamierzam dalej realizować moją listę.

I wymyślam nowe marzenia, nie tylko podróżnicze. Chciałbym wreszcie nauczyć się pływać na Kitesurfingu i Windsurfingu. Ale zobaczymy jak to wyjdzie- rok jest za krótki, dzień jest za krótki na to wszystko. 

Mogę zrozumieć wszystkie problemy ludzkie, prawie wszystkie zboczenia, mogę nawet zrozumieć to, że ktoś słucha dubstepowych remiksów Chopina, naprawdę jestem aż taki tolerancyjny, ale nie potrafię pojąć, jak do chuja ciężkiego można się NUDZIĆ? Doba powinna trwać co najmniej 72 godziny.

I zamierzam teraz pisać więcej. Bo chyba to lubię i chyba mi wychodzi, a przynajmniej lubię tak myśleć.

Obiecuję opisać resztę mojej podróży po Maroko zanim wyruszę w dalszą drogę.

Bo już wiem gdzie, kiedy i z kim polecę. Ale na razie to tajemnica.

--------------------
P.S

Niektórzy mnie pytali dlaczego już wróciłem skoro jestem multimiliarderem i mogłem jeszcze kilka miesięcy żyć w domku na plaży wcinając świeże ryby i owoce granatu, dlaczego nie pojechałem w głąb Afryki, bla, bla, bla...  - po odpowiedź odsyłam do wywiadu ze mną na Gap Year.pl (że "lans"):



Szczęśliwego Nowego Roku ! Niech chillout będzie z Wami. 

wtorek, 27 listopada 2012

Podróże nie kształcą.



Mawia się, że podróże kształcą. Ja natomiast twierdzę, że jeżeli ktoś jest debilem (a najczęściej zostaje się nim z wyboru), to już nic mu nie pomoże, zwłaszcza krzątanie się po kuli ziemskiej. Są ludzie, którzy zdecydowanie powinni zostać w domu i nie robić już trzody.
Mówię tutaj zarówno o backpackersach, którzy czynią wszystko, żeby wyglądać jak bezdomny Bob Marley, jak i sponsorowanych przez rodziców wielkich odkrywcach niezbadanych lądów, których wiekopomne czyny tak napompowały ich ego, że przed napisaniem do nich jakiegokolwiek maila oczekiwaliby, abyście najpierw nałożyli garnitur.

W liceum miałem tysiąc pomysłów na minutę (dotychczas niewiele się pod tym względem zmieniło). Jednym z nich były studia za granicą. Marzyła mi się Australia i całkiem „na poważnie o tym myślałem”. Większość licealistów cechuje duża ilość siana we łbie i ze mną nie było inaczej- wiedziałem, że to nie jest tania zabawa, ale w najbardziej ponurych wizjach nie dostrzegałem nawet jednej piętnastej kosztów, które trzeba ponieść. Postanowiłem zasięgnąć porady od ludzi, którym się udało. Napisałem do jednego faceta, który studiował „Special FX” w Melbourne. Nakreślił mi, jak mniej więcej sprawa wygląda, powiedział wprost, że ma szczęście- bardzo dzianych rodziców- i że z tego korzysta. Był bardzo miły i rzeczowy. Rozwiały się moje pierwsze złudzenia, ale próbowałem dalej. W tamtych czasach wydawało mi się, że ludzie robiący w życiu niesamowite rzeczy są zazwyczaj wspaniali w ogóle – również w kontaktach z innymi.
W ogóle, dużo mi się wtedy wydawało.
Kilka dni później, na jednej ze stron podróżniczych, znalazłem dziewczynę która ogromnie mi zaimponowała. W pojedynkę spenetrowała kilka trudnych krajów w środkowej Afryce. Podobno była jedyną białą kobietą, którą dopuszczono do wzięcia udziału w rytualnym obrzezaniu syna wodza wioski któregoś z plemion na wymarciu, czy jakoś tak. Całkiem imponujące portfolio. Mało tego, okazało się, że studiowała w Australii! Od razu usiadłem do pisania maila. Dałem jej znać, że bardzo imponują mi jej podróże, że sam też chcę robić takie rzeczy, ale najpierw chciałbym troszkę postudiować. Pytałem też o koszty życia i różne inne informacje, ale myślę, że nie byłem upierdliwy. Wiadomość była dość krótka i sformułowana w uprzejmy sposób. Po polsku pisać umiem, z obsługą skrzynki mailowej też jakoś ogólnie sobie radzę, wydawało mi się, że wszystko jest ok.
ZNÓW- MI- SIĘ- WYDAWAŁO! Zapomniałem o jednej bardzo ważnej rzeczy, o której trzeba pamiętać, pisząc z tak wielką osobistością- formie grzecznościowej "per Pani"!
Pani odpisała oburzona, w tonie opryskliwym i zgorszonym. Pani zapewne chciała, żeby parobek Janusz najpierw przyleciał do Australii i umył Pani buciki, a tymczasem, on niesforny, WYSMAROWAŁ MAILA PISZĄC NA „TY”!
Po pierwsze, dostałem opierdol (użycie mniej wulgarnego słowa w tym przypadku nie ma sensu,  bo to nie była reprymenda, to naprawdę był już opierdol z grubej rury), że taki gówniarz jak ja nie ma prawa pisać do kobiety starszej o …bodajże 5 lat na Ty. W następnym zdaniu dorzuciła kilka uwag na temat umiejętności wychowawczych moich rodziców. Po drugie, studia tam to drogie rzeczy i że to nie dla każdego. Po trzecie, że zaiste, jest wielką podróżniczką a imię jej Czterdzieści i Cztery, natomiast wszystkie informacje odnośnie nauki w Australii mogę sobie znaleźć w Internecie i żebym nie zawracał jej głowy. Ogólnie, mail był nieprzyzwoicie długi w stosunku do zawartej w nim treści merytorycznej.
Odpisałem jej, że może faktycznie trochę skusiłem i że jeżeli ją uraziłem, to przepraszam, ale że rozmawiałem i pisałem z kilkoma innymi sławnymi podróżnikami/osobistościami (gwoli ścisłości, ona nie była i nie jest zbyt znana) kalibru DUŻO większego od niej (czyt. nie dorastała im do pięt) i wszyscy jak jeden mąż powtarzali mi „panowali to sobie w siedemnastym wieku, wyluzuj, bo czuje się przez ciebie staro”. Napisałem też, że gdybym istotne, satysfakcjonujące opinie z pierwszej ręki mógł znaleźć na forach internetowych, to bym darował bym sobie pisanie maili do ludzi. To była dość krótka wiadomość. Kilka zdań.

Odpowiedzi się nie spodziewałem. Zniszczyła mnie doszczętnie. Straciłem wiarę w człowieczeństwo. Mail zawierał, co następuje:

Po pierwsze, to że wielcy ludzie kazali mi mówić na Ty, to nie znaczy, że tego chcieli. Pewnie robili to z grzeczności, bo widzieli przed sobą niewychowanego gnojka, albo nie chcieli mnie…onieśmielać. 
No tak, ma to sens, ma to sens.
Po drugie, okazuje w ten sposób jej i jej nieziemskim dokonaniom zupełny brak szacunku.
Trzeci punkt zawierał szczegółową analizę mojej osoby. Co najmniej na kilkadziesiąt zdań. W wysokim, inteligenckim stylu pisała coś o kompleksach, odwoływała się do plebejskiego poczucia niższości i problemów proletariatu, który cierpi na niespełnione ambicje względem ludzi z wyższych sfer. Wybrani, pochodzący z bogatych rodzin, mogą sobie pozwolić na takie studia i takie podróże, a ja nie, dlatego też właśnie zazdroszcząc jej (bo zdenerwowany napisałem też, że może jednak wcale nie jest aż tak wielką eksploratorką jak jej się wydaje, skoro wszystko zafundowali jej rodzice i nie musiała zapracować na swoje marzenia) bo pewnie pochodzę z rodziny robotniczej, mam kompleksy względem kobiet i …matko, ten mail był NAPRAWDĘ długi.
Dobra, wiem że wiele dziewczyn lubi bawić się w rzutowanie swoich chorych projekcji na facetów i udawać niedorobionego Freuda, ale mówimy tutaj o gimnazjalistkach, ewentualnie o wyjątkowo fatalnych, uszkodzonych genetycznie niedobitkach z liceum. Ta kobieta miała około 25 lat i miała na koncie wiele ciekawych dokonań. Co ją skłoniło do tego, żeby z własnej woli zostać debilem? Miała odwagę, miała możliwości, miała w sobie siłę, żeby je wykorzystać, ale jej świadomość cierpiała na ostrą grypę. Albo może biegunkę.
Odpisałem jednym zdaniem: Nikt wielki nie miałby ani czasu ani chęci na pisanie darmowej analizy osobowości dla gnojka z liceum.
Na swoje i moje szczęście, poszła po rozum do głowy i już się nie odezwała.


Siedziałem w jednej z turystycznych restauracji w Chefchaouen, najpiękniejszym miasteczku jakie dotychczas widziałem, który po pełnym przygód, ale męczącym i przerażającym pobycie w Tangerze jawił mi się jako Niebo na Ziemi. Pomijam przepiękne, magicznie błękitne uliczki i fasady budynków. Arabów wymieniłem na Berberów- oni też mieli dość tych pierwszych i kilkaset lat temu czmychnęli w góry tudzież na pustynię. Niby mieszkają w tym samym kraju, modlą się do tego samego Allaha, a jednak jacyś tacy inni, bardziej ludzcy. Zajadałem sobie tajin z kurczakiem i warzywami (sprawdźcie sobie w Internecie co to jest, nie zawracajcie Wielkiemu Podróżnikowi głowy, plebsie!) obserwując ludzi. Białasków było niewielu. Kilka malutkich grupek. Większość stanowiły rodzinki ze Stanów i Francji. Ot, tacy normalni turyści na własny rachunek. Raptem pojawili się ONI.

Widząc dwóch młodych kolesiów z plecakami, odruchowo uśmiechnąłem się. Już chciałem zagadać. Już chciałem się dosiąść. Ależ bym spartaczył sobie obiad!

Na szczęście po kilku sekundach moją uwagę przyciągnęły dwie niewiasty siedzące stolik przede mną, więc jeśli miałbym kogoś poznawać, to raczej je. Niemniej jednak zdecydowałem że jedzenie "mięska i ziemniaczków" póki ciepłe, ma dla mnie wyższą wartość niż jakieś zabłąkane turystki siedzące do mnie tyłem.
-To będzie dobry filmik na youtube. Traktuję to raczej jako inwestycję.
- …nie ma za co. – do backpackersów przysiedli się jacyś (chyba) Marokańczycy. Wyglądali jak bywalcy tureckich dyskotek i próbowali sprzedać podróżnikom jakiś przezabawny pomysł.
Dla odmiany, backpackersi wyglądali jak ludzie bezdomni. Mogę zrozumieć, że długodystansowe przemieszczanie się jest męczące i wiąże się ze zmianą wizerunku- sam zapuściłem brodę, bo chciałem mieć więcej miejsca w plecaku nie biorąc golarki. Mogę zrozumieć, że komuś pobrudzi się ubranie, albo że w drodze chce wyluzować. No ale, dupa jasna, BEZ PRZESADY. Goście swoim zarostem zawstydziliby Jezusa Chrystusa i dwunastu jego apostołów oraz wszystkich popów rosyjskich i nawet samego Rasputina. Ubiór pominę milczeniem, ale chyba chcieli wyglądać jak Tony Wheeler zdobywający Afganistan autostopem w latach siedemdziesiątych. Mając jakieś 25 lat (może to jest zły wiek?) wyglądali jak dzieciaki urwane z Woodstocku. Dodatkowo, do swoich plecaków władowali chyba cały dorobek życia, ale o tym innym razem. Nie potrafię zrozumieć, co kieruje ludźmi, którzy podróżując starają się za wszelką cenę wyglądać jak swołocz z bramy. Może myślą, że stylizacja na  wyluzowanego brudasa zaskarbi im sympatię miejscowych, bo to w końcu trzeci świat? NIE! Ludzie zwracają uwagę na wygląd-WSZĘDZIE. Im schludniej wyglądacie, tym lepiej dla Was. Schludnie nie znaczy elegancko, ani z włoskami na żel, albo w rureczkach vansa, tylko CZYSTO. Jak ktoś, kto o siebie dba. Niesamowite odkrycie, nie? Niektórzy jeszcze nie doszli do tego wniosku. Nie polecam podróżowania w garniturze przez amazońską dżunglę, ale jakiś szacunek dla ludzi spotykanych na drodze by się przydał. 
Co prawda staram się nie oceniać innych po wyglądzie, ale wszystkie społeczeństwa na całej Ziemi to robią, bo ubiór zastąpił nam futerko, więc podświadomie oceniłem. I jak prawie zawsze, zrobiłem to prawidłowo, przypinając im łatkę skończonych idiotów.
Po chwili się zaczęło. 
Marokańcy dali naszym hipisowskim poszukiwaczom przygód banknot, chyba 20 denarów. Jakieś 7 złotych. Dla nas niewiele, w Maroko całkiem dużo. Jeden z nich wstał i położył kasę na ziemi. Tak to wtedy wyglądało. Ale nie położył. Przykleił go czymś, głupi kutas. 
Wrócił na swoje miejsca i szampańsko się bawili, obserwując jak dzieciaki i starcy, dla których 20 denarów to cały dzień ciężkiej pracy, próbują zdrapać bankot z ziemi, tylko go niszcząc. Po dwóch minutach wokół zebrało się naprawdę dużo osób. Patrzyłem na ucieszone gęby Austriaków i odechciało mi się jeść. Bardziej chciałem zwracać. Wiele osób nie ma pojęcia, jaką nędzę można znaleźć kilkanaście minut po przybyciu do Afryki. Boję się myśleć, co jest dalej, w głębi kontynentu. Oni to widzieli, a mimo to zdecydowali się na ten pyszny żart. W dupie mam, że dwóch nadzianych marokańców ich na to namówiło. Na szczęście muzułmanie to żywiołowi ludzie i po kilkunastu minutach chłopaczki prawie dostali po buźce. Mieli szczęście, że byli wysocy. Jeden z nich już chciał iść w bójkę, drugi go powstrzymał i jakoś udobruchał całe towarzystwo. Oczywiście jeszcze się tłumaczył, bredząc coś o różnych punktach widzenia i różnych prawdach, bo przecież każdy ma prawo do swojej. Przepraszał i usprawiedliwiał swój debilizm, jednocześnie dając znać, że wcale nie uważa, żeby to było coś złego. NIE MA wielu różnych prawd. Jest jedna. Zawsze. Upływ czasu weryfikuje która.
Później posiedzieli jeszcze trochę w restauracji psując mi widok na starą Kasbę i poszli w cholerę. Mniejsza z wartością pieniądza, zrobili sobie show z innych ludzi. To naprawdę były zabawne żarty, ale podstawówce. Wyglądali na gości, którzy w drodze byli już długo, dużo widzieli i doświadczyli, jakim cudem, pytam się, dalej mieli w sobie tyle gówna? W sumie, przerażająca liczba podróżników z plecakami których spotykałem na drodze okazywała się oscylować na poziomie świadomościowym muchomora, ewentualnie dobrze odżywionej marchewki.



Podróże kształcą? Niekoniecznie. Są jak narkotyki i to już wiem na pewno- bo uzależniają jak szpryca i przestawiają priorytety. Ale mają chyba też inną właściwość. Z każdego wyciągają najgorsze cechy. Jednocześnie podkreślają osobowość, wszystkie skrajne punkty. Podróżujący debil, tak samo jak ćpający lub pijący- może stać się jeszcze większym jełopem. Czy narkotyków nie można używać mądrze? Pewnie można. Tylko pytanie, co zdecydujecie się zrobić z tym, co z was wyjdzie.

Jakieś przemyślenia? W tym odcinku Wielki i Niesamowity Podróżnik Janusz VIII Szczodrobliwy łaskawie pozwala wam komentować. Mam nadzieję, że was to nie onieśmiela.


sobota, 24 listopada 2012

Raz na wozie, raz pod wozem. Hiszpania.





Zatrzymała samochód na autostradzie, tuż przed wjazdem do miasteczka.
-¡Lo siento, lo siento..!
-No hay problema, señora. Gracias…
Zamknąłem drzwi i podniosłem plecak, otrzepując go z pyłu. Samochód zaczął toczyć się w stronę malowniczej wioski, odgrodzonej od autostrady sadami oliwnymi.
Skandal. Oczywiście, problem był i to dość spory. Rozejrzałem się dookoła. Zadupie- autostrada, pole. Brakowało tylko Don Kichota z La Manchy, starych młynów i jakiegoś pijanego, hiszpańskiego chłopa z pustą butelką wina w dłoni odpoczywającego w cieniu rachitycznego drzewka. Zacząłem iść przed siebie, co chwilę nerwowo sprawdzając sytuację za moimi plecami- niezręcznie byłoby, gdyby w taki piękny dzień jacyś biedni robotnicy musieli zdrapywać mnie z jezdni szpachelką i podawać na grabkach, zwłaszcza że podróż dopiero co się zaczęła. Rozpędzone samochody i ciężarówki mijały mnie co kilkanaście sekund. Po kilku minutach uznałem, że rozsądniej byłoby rozpocząć Safari po krzakach. Kiedy przechodziłem przez barierkę, butelka wody wysunęła się z plecaka i spadła na ziemię. Albo nie dokręciłem, albo gwint był jakiś wadliwy- zanim ją podniosłem, połowa wsiąkła w ziemię. Rzuciłem okiem na stojącą nieopodal tablicę informacyjną. Najbliższa stacja benzynowa- 9 km. Puściłem pod nosem wiązankę w kierunku wody, ziemi, krzaków, autostrady, gałązek z kolcami, dziwnych kijaszków w moich butach, słoneczka, chmurek i señory.

Zaczęło się po prostu bajecznie.


Nie spałem za długo. Przed 6 rano byłem już w Castellbisbal, gdzie w egipskich ciemnościach bezproblemowo udało mi się znaleźć drogę na stację benzynową. Prowadziła przez jakąś ciemną, leśną dróżkę wijącą się pod skalnym klifem, idąc przez którą mogłem narkotyzować się zapachem różnej maści zieleniny iglasto-szyszkowej i jakichś bardzo aromatycznych ziół. Zaczęło się całkiem romantycznie. Przepełniał mnie zachwyt związany z urokiem chwili oraz te uczucie, którego doświadcza się przed wejściem na scenę.
Tego dnia miało się okazać, czy dziwaczny pomysł który zainfekował mój umysł grubo ponad rok wcześniej wypali. No i…

…-Dlaczego się nie zatrzymujesz, ty pało?! Dlaczego mi to robicie?!
Druga godzina spędzona na stacji. W zasadzie nie było źle- na poprzednich tripach za granicą zdarzało się mi/nam czekać pół dnia. W Polsce też bywało niezbyt kolorowo.
Krzyczałem sobie dla zabawy.
Gorzej, że kierowcy patrzyli na mnie jak na psa z kulawą nogą lub wadliwy znak drogowy. To zły znak był. Nie było też prawie żadnych ciężarówek, mimo że stacja benzynowa dorównywała wielkością większości polskich lotnisk.. Czekałem, czekałem, trochę pogadałem z gościem odkurzającym liście (!), aż w końcu nadjechała moja zbawczyni w srebrnej karocy. Zerwałem się niczym gimnazjalista na hasło „impreza, dubstep, dziarki, najebka” i podbiegłem do bolidu. Włożyłem rękę do plecaka w poszukiwaniu mapki Hiszpanii.
Nie ma mapki.
Co ja z nią zrobiłem? Wydawało mi się, że jestem przygotowany dobrze. Error. Co by na to powiedział pan Jacek Pałkiewicz?
Wsiadłem, czując się lekko nieprofesjonalnie. Wybawicielka miała jakieś 45 lat i była skądś tam. Dowiedziałem się też, że nazywa się jakoś tam i jedzie gdzieś tam. Gadała trochę jak te umalowane matrony z seriali argentyńskich. Rozumiałem co dwudzieste słowo.
W takiej oto pociesznej atmosferze sunęliśmy przez malowniczy iberyjski krajobraz. Powiedziałem jej, że potrzebuję, żeby wysadziła mnie na stacji benzynowej, bo będzie koniec świata. Stacja benzynowa bueno. Nie ma stacji, jest problem. Powiedziała, że pewnie, spoko, luzik. Już zdążyłem wygodnie się usadowić, patrzę sobie zadowolony przez okno i myślę, że mam niezłe szczęście. Takiego bata. Otóż kilka kilometrów dalej señora przypomina sobie raptem jeden drobny szczegół- po drodze nie ma żadnej stacji benzynowej.
-Jak to NIE MA STACJI?
-Nie ma. Zapomniałam. Przykro mi. Naprawdę, rzadko tędy jeżdżę, zapomniałam. Przepraszam, no przepraszam. Przepraszam, tak.
Dialog ten powtarzamy jakieś dziesięć razy, po czym proszę ją żeby wysadziła mnie na autostradzie, bo miało być autostopem na Saharę, a nie autostopem na wieś.

Kazanie Januszowe: tak się kończy nieprofesjonalizm. Koniec kazania, dziękuję.

W ten właśnie sposób straciłem okazję na złapanie jakiegoś pojazdu prosto na południe, albo chociaż dalej, niż szalone 30 km, na idealnie skrojonej do tego celu stacji benzynowej, na której w najgorszym przypadku mogłem rozbić namiot albo kupić obiad.

Po kilku godzinach maszerowania pośród krzaków, ulic i cieni plecak zaczął mi ciążyć. Zaczęło ciążyć mi też życie, słońce (które zdążyło wspiąć się zbyt wysoko) oraz głosy w głowie.

Wspaniała wyprawa autostopowa Janek. Wspaniała podróż, wspaniała toaleta i wspaniałe ręczniczki z McDonalda. Jesteś niesamowity.

Owszem, szlajanie się po autostradach, zwiedzanie europejskich stacji benzynowych i jedzenie pogniecionych kanapek było zabawne w liceum, ewentualnie na początku studiów.  Dość brutalnie doszło do mnie, że wcale mnie już to nie bawi. Poczułem się jak dorosły facet biegający po rynku w czapeczce ze śmigiełkiem i czerwonych podkolanówkach. Na domiar złego zacząłem zastanawiać się co inni robią w tej chwili, jak gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie. Musiałem stracić morale. Nieznośną i parszywą mendą potrafię stać się w dwóch sytuacjach: kiedy jestem niewyspany i kiedy jestem głodny. Spanie na ulicy nie było opcją, ale mogłem zjeść bocadillo z serem i fuetem. Urządziłem sobie ucztę na rozłożonej metr od barierki pelerynce przeciwdeszczowej. Pomiędzy kęsami doceniłem groteskowość i unikalność sytuacji i trochę się wyciszyłem. Doszedłem do całkiem ładnego miejsca. Co prawda przed nosem miałem jakąś średnio urodziwą fabrykę, ale kilka kilometrów dalej rozciągał się panoramiczny widok na urokliwe, leżące na wzgórzu miasteczko. Niebo było błękitne, słońce grzało, a na siedząco było to dużo przyjemniejsze doznanie. Za plecami stało natomiast  kilka starych wiejskich domków i wielki młyn wiatrowy, taki sam jak na amerykańskich filmach z południa.


Do stacji zostało jeszcze ponad 5 kilometrów. Słońce upodobniło mnie do radosnego murzynka z fikuśnym, czerwonym noskiem. Niestety, znowu się zaczęło:
-To jest do dupy. Mógłbyś teraz robić coś sto razy lepszego niż chodzenie po autostradzie z żołądkiem wypełnionym wczorajszą kanapką. Mógłbyś coś nagrać, mógłbyś coś poczytać, mógłbyś…
-Zamknij mordę! Słońce świeci, jest malowniczo, po raz pierwszy od kilku miesięcy zjadłem śniadanie w naprawdę ciekawy sposób. Jedziesz sobie sam na Saharę, człowieku. Przestań skamlać jak mała suczka.
-Będziesz spał na autostradzie. Spędzisz tydzień na hiszpańskich stacjach benzynowych jedząc plastikową żywność w kosmicznej cenie, aż w końcu zbankrutujesz. Załamiesz się i zaczniesz oszukiwać. Pojedziesz autobusem. W końcu będziesz musiał zadzwonić po pomoc, jak już ugrzęźniesz w jakiejś dziurze 90 km od Barcelony. Będzie obciach po pachy. Schudniesz do 15 kg. Dostaniesz czyraków i trądu. Wyłysiejesz.
-…
-Czemu nic nie mówisz? Jestem twoim umysłem. Rozmawiaj ze mną.
-…
-Rozmawiaj ze mną! Karm czarne myśli! Co ty myślisz sobie, że naczytałeś się jakiś wschodnich filozoficznych pierdół i jesteś klimatowy?
-… … … … … … … … …
-…Proszęęęęęęęe-cięęęę-MYŚL! MYŚŚŚŚLLLLL-COŚ! USTOSUNKUJ SIĘ JAKOŚ!!
-……………………………………………………..
-Wygrałeś. *Pufff*
Chciałoby się napisać, że zacząłem myśleć pozytywnie. Nie do końca, po prostu przestałem myśleć w ogóle. Żadnego dialogu w głowie nie trzeba kontynuować. Można po prostu zamknąć japę i cieszyć się chwilą.
Zrobiło się dużo ładniej, dużo spokojniej i dużo ciszej.
Chwilę później zachciało mi się śmiać. To prawie zawsze działa w ten sposób.
W ciągu kilku następnych minut autostop złapał się sam. Na drodze wchodzącej na autostradę zatrzymał się jakiś starszy don panicz i zaprosił mnie do samochodu. Wysadził mnie na najbliższej stacji.
Tutaj też było pod górkę. Znalazłem polską ciężarówkę, której kierowcą był typowy, swojski pan (tutaj wstaw dowolnie- Mietek, Andrzej, Wojciech, Stefan itd.). Biedny, siedział tam już czwarty dzień, bo coś się zepsuło i musiał czekać aż oryginalne części z Polski przylecą samolotem. Co mnie zaskoczyło, od czterech dni nie opuścił terenu stacji, bo cośtam-cośtam. Zacząłem się zastanawiać, czy tylko ja cierpię na takie poznawcze ADHD. Przez ten czas zwiedziłbym pewnie pół Hiszpanii na pieszo. Po kilku godzinach na krawężniku – tym razem w prawie niezakłóconej ciszy- zauważyłem puste, niemieckie autokary. Podszedłem do pierwszego lepszego i spytałem grupkę wąsatych panów z brzuszkami czy szprechają w dojczu- w sumie trochę głupie pytanie, bo słyszałem wcześniej, że szprechają.  Ale oni tego nie wiedzieli. W ciszy jarali szlugi, natomiast odpowiedź mnie zaskoczyła:
-No (czyt. Noł).
No to przeskoczyłem na angielski.
-Ale co „nie”. Skąd panowie jesteście?
-Nie jesteśmy z Niemiec- Po niemiecku odpowiedzieli tym razem.
-Austria?
-Nein. Nicht verstehen.
No, żartownisie tacy. Mieli jakieś dziwne miny, jakby chcieli a nie mogli. Olałem ich i wróciłem na swój luksusowy krawężnik. Po godzinie uznałem, że zdecydowanie nie mam ochoty na nocleg w tym miejscu i że trzeba spróbować jeszcze raz. Znów zaatakowałem autokary. Tym razem dialog prowadziło między sobą dwóch bardziej sympatycznych przedstawicieli rasy aryjskiej. Dla odmiany postanowiłem zadać nieco bystrzejsze pytanie- dokąd jadą. Chwilę później siedziałem w pustym autokarze z klimatyzacją, darmową herbatką i ciastkiem, słuchając jak gruby kierowca z perfekcyjnym amerykańskim akcentem prezentuje nam co bardziej znane, klasyczne oraz hipisowskie kawałki z lat 60tych i 70tych.
- I saaaaaaay!!! I don't like crickeeeeet, uuh… oh no! I love it! 
I don't like cricket, no no, I loooooove it!!! …
-Ma pan naprawdę dobry akcent. Mieszkał pan w Stanach?
-Nie, po prostu kocham śpiewać. Zawsze śpiewam podczas jeżdżenia. I pod prysznicem. To jest prawdziwa, żywa muzyka. Ludzie kiedyś grali na gitarach, nie na komputerze i
…your head is humming and it won't go, in case you don't know!...
The piper's calling you to join hiiiim, dear lady, can you hear the wind blow, and did you knooow...!

Facet radził sobie naprawdę dobrze. Jego kolega był trochę mniej zachwycony- pewnie musiał słuchać tego kilka razy w tygodniu.
Krajobraz za oknem zaczął się zmieniać. Zza skał wylał się błękit morza śródziemnego. Później góry i malownicze wioski. Bajka. Zjadłem coś i osunąłem się w sen, myśląc o tym, jak bardzo w ciągu jednego dnia zmienił się mój nastrój i moja sytuacja, kiedy tylko przestałem zrzędzić jak stara przekupka.
Po pożegnaniu się z szalonymi aryjczykami zaliczyłem kolejny przybytek samochodowy. Zaprzeczył on niejako moim wcześniejszym przemyśleniom, jakoby stacji benzynowych nie warto było już zwiedzać. Ta była niesamowita. Autostrada biegła w dół, pośród zielonych krzewów i palm. Na horyzoncie, kilkaset metrów dalej i kilkaset metrów niżej, bo widok rozciągał się z naprawdę dużego wzniesienia, błękitne morze zlewało się z niebem. Sielankowości widoku dopełniała linia miejska Walencji i kilka rozczapierzonych chmurek na niebie.
Co ciekawe, spotkałem tam kolejną Niemkę, która udawała, że nie zna niemieckiego i absolutnie nic nie rozumie. Nastąpiło również (pierwsze) spotkanie (pierwszego stopnia) z marokańską kulturą. Samochód osobowy, stary szrot, wyładowany po brzegi dorobkiem ostatnich 40 lat, który to dorobek formował mniej-więcej trzymetrową wieżę również na dachu samochodu - coś jak w reklamie Ikei. Oprócz tego do pojazdu jakimś cudem wchodziło muzułmańskie małżeństwo i pokazowy rezultat ich pożycia- jakiś pryszczaty czternastolatek oraz mała dziewczynka z brudną buzią i w spodenkach ubrudzonych jakąś tajemniczą, brązową substancją. „Zapytałem” ich (bo nie znam francuskiego ani arabskiego) czy mogę się zabrać z nimi- chociaż wiedziałem jaka będzie odpowiedź- bardziej po to, żeby zobaczyć, co się stanie.
Nic się nie stało- popatrzyli tylko jak na idiotę.
Po godzinie chodzenia i pytania różnych ludzi oraz kolejnej godzinie spędzonej pod latarnią,  która służyła za worek bokserski sfrustrowanym autostopowiczom (niektóre wpisy były np. z początku lat 90, rozpocząłem więc romantyczne rozmyślania o tym, co teraz mogą robić ci ludzie, ile wtedy ja miałem lat, co robiłem i tego typu banialuki) uznałem, że czas na kolejny obchód i dręczenie strudzonych kierowców.
BUM! Dwa marokańskie Tiry! Siedzieli sobie i wcinali jakąś dziwną papkę bełkocząc coś po arabsku. Mieli sympatyczne gęby. Podszedłem i zaczęliśmy niedorozwiniętą rozmowę, podczas której próbowałem wytłumaczyć im, że nie rozmawiam po francusku, że jadę na stopa do Maroka... że naprawdę nie pojmuję francuskiego... że chcę z nimi, że może jakiś inny język, bo mój francuski słabo... i że ja na prawdę łapię stopa, bo jadę do Maroko. Po dziesięciu minutach prób nawiązania jakiegokolwiek kontaktu prawie zaschło mi w gardle, a oni dalej patrzyli na mnie tak, jak wy patrzylibyście na pijanego chińczyka próbującego wytłumaczyć wam teorię względności. 
Po jakichś pięciu sekundach wymownej ciszy zaczęli znowu gadać między sobą, czasami niepewnie rzucając na mnie okiem. Czując lekkie zażenowanie począłem szukać rozmówek polsko-francuskich, przeglądać kartki, ale wszystko co wydrukowałem wydawało się wyjątkowo nieprzydatne. Dalej zerkali na mnie z rozbawieniem, ciągle ignorując. Zrezygnowany odszedłem grzać miejsce pod latarnią.
I znów- po kilkudziesięciu minutach, przeczytaniu wszystkich latarnianych wpisów i dopisaniu swojego (Czy istnieje gorsze miejsce na świecie do łapania stopa?) uznałem, że spróbuję jeszcze raz, bo taka okazja może się już nie zdarzyć. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, a w interakcjach społecznych należy próbować, aż usłyszy się stanowcze„nie”. Spytajcie Piotra Fronczewskiego i socjologów w źle skrojonych garniturach.
Podszedłem do nich znowu. Dalej jedli. Użyłem uśmiechu nr 3 , najprostszych form językowych znanych mi w angielskim i dość przystępnej gestykulacji. Znów minuta wymownej ciszy. Zaczęli coś uzgadniać między sobą. Marokańczyk zaczął patrzeć mi głęboko w oczy. I patrzył, patrzył, patrzył..
Trochę mu to zajęło. Może oglądał moją duszę jakimś starym, arabskim sposobem.
-No...no to za piętnasto..no…taście minut ty… być. – odpowiedział w końcu piękną angielszczyzna i naprawdę pięknym uśmiechem.
Autostop prosto do Maroka złapany w pierwszy dzień. A tyle się nasłuchałem o parkach jadących trzy dni z Barcelony do Walencji. Liczba obleśnych kanapek kupionych na stacji benzynowej: 0. Liczba noclegów na stacjach benzynowych: 0. Dotychczasowy totalny koszt przejechania całej Hiszpanii, nie licząc pociągu z Barcelony: 0 euro. Dziękuję, dobranoc.



Mimo, że nie operujemy żadnym wspólnym językiem, zaprzyjaźniamy się bardzo szybko. Filali wbrew pierwszemu wrażeniu okazuje się bardzo komunikatywny. Rozmawiamy rękoma, po „niemiecku”, „angielsku”, „hiszpańsku” oraz w językach, które jeszcze nie istnieją, ale rozumiemy praktycznie wszystko, co mamy sobie do przekazania. Czasami dzwoni telefon i Filali opieprza kogoś po arabsku (zapewne są to czułe rozmowy z żoną, ale mój mózg właśnie w taki sposób rejestruje ten język). Mój humor zostaje wystrzelony w kosmos. Nigdy nie ćpałem heroiny, Włodzimierza ani innego świństwa, ale myślę, że to podobne uczucie. Ekstaza. Mój nastrój od rana zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. O siedemset dwadzieścia, o tysiąc pięćset sto dziewięćset. Mój system emocjonalny kręci bączki i jest to absolutnie niesamowite, jeśli ma to jakikolwiek sens. Jednocześnie odczuwam niezwykły, niczym niezmącony spokój. 
Właściwie nie wiem, co mi się wtedy stało i dlaczego, ale chyba doznałem częściowego oświecenia. Jak niewiele potrzeba do szczęścia, jak zmieniają się priorytety kiedy zmienia się styl życia, nawet na chwilę. Co naprawdę jest problemem, a co nie. W sumie to nie o to chodziło- raczej o tu i teraz. Właściwie to nie mam pojęcia, jak to opisać, żeby nie brzmieć jak zapaleni świadkowie Jehowy na cotygodniowym spotkaniu grupy MLM. Bądź co bądź, było to doznanie na granicy mistycyzmu. Nie żartuję.
Jedziemy coraz dalej na południe, a krajobraz za oknem powoli zmienia się na pustynny. Słońce zaczyna zachodzić. Filali odpala jointa. 
-To jest bomba, człowieku!
-Bomba?
-Bomba! Buuuum!
-Al kajda?
-BOMBA! AL KAJDA! 
Nie chcę palić, bo niczego więcej nie potrzeba mi do szczęścia, ale nie mam wyjścia, chyba że przez okno, więc kilka minut później odlatuję na Marsa. Nasze dialogi stają się przekomiczne. Trudno nam się zrozumieć, ale kiedy już pojmiemy przekaz, wybuchamy śmiechem. I tak prawie całą drogę, co kilka minut. Wieczorem dojeżdża do nas drugi tirowiec, oglądamy w kabinie The Simpsons z hiszpańskim dubbingiem. Jemy tajin. Jeszcze więcej haszu. Spacer po sadzie oliwnym. Nocleg w Tirze.
Wstajemy o świcie. Witają mnie takie widoki:


Na śniadanie pyszna kanapka ze smażonymi kalmarami w przydrożnym barze.
Cały kolejny dzień kontemplacji piękna Hiszpanii z kabiny. Po południu darmowy prom, darmowy prysznic i obiad, bo chłopakom nie chce po raz kolejny przerabiać tego repertuaru, więc dają mi swoje kupony.

Wychodzę na pokład. Patrzę na południe. Wiatr wieje w twarz, ciężko otworzyć oczy. Pachnie morzem.
Na północy widać Gibraltar.
Chwilę później, na południu, zza oceanicznej mgły wyłaniają się pierwsze zarysy Afryki.

Życie jest piękne.