sobota, 5 stycznia 2013

Janusz zaniedbał blogaska. O marzeniach.




Jak bardzo otoczenie i styl życia zmienia sposób myślenia. Tyle czasu zasuwałem po świeżym powietrzu całymi dniamiOtwarte przestrzenie, ciasne, śmierdzące uliczki, pachnące targi pełne stoisk z owocami i przyprawami, zgrzybiałe hotele, piękne widoki z okna, improwizacja, czas na myślenie, cwaniacy, złodzieje i lokalne ćpuny których trzeba było unikać jak ognia, pustynia, szum oceanu, dzikie plaże, niezwykle rozgwieżdżone niebo. Nocne rozmowy z pasjonującymi ludźmi, drzewa dające cień na środku pustyni, nowe potrawy, smaki, zapachy, otoczenie. Mózg pracował na podkręconych obrotach. Miałem w głowie tysiące książek i melodii.


Janusz wrócił z Afryki i poszedł do pracy, żeby nie było, że jest takim niepoważnym bucefałem i żeby nie trwonić pieniędzy, które są przeznaczone na podróżowanie (czyt. Święte i Nietykalne). Zamienił plecak i berberską chustę na dwa zsynchronizowane monitory, rozmowę w języku migowym na rozmowę przez telefon i e-maile. Biuro, papiery, zamówienia, klienci, komputer, długopisy, pieczątki, drukarki, magazyny, sklepy internetowe, dzień pracy, schematy, rachunki. O Afryce przypomina teraz tylko dywan z wielbłąda, Ręka Fatimy i kilka biletów autobusowych przyczepionych do tablicy korkowej.

Z kilkunastu godzin wędrówki z plecakiem zrobiło się osiem godzin siedzenia przy komputerze w pracy. Kreatywności starcza tylko na muzykę, a pisanie musiało zaczekać.

Mamy Nowy Rok!
2012ty był chyba najbardziej wymagającym w moim życiu. Wiele pojedynków wygrałem, wiele spartaczyłem.
Od kilkunastu miesięcy staram się spisywać każdy dzień swojej egzystencji. Kilka dni temu zdobyłem się na przeczytanie całego poprzedniego roku. Zajęło mi to ponad 4 godziny, ale odbyłem podróż w czasie.

Nie macie pojęcia, ile wspomnień wam ucieka. Ile niesamowitych chwil ulatuje z pamięci. A można do nich wrócić, znów je przeżyć.
Ten rok był niesamowity. Chociaż zaczął się grypą i wieloma trudnościami, chociaż wydawało się, że krzywo w niego wszedłem i w dodatku lewą nogą to... tylko się wydawało.
Zacząłem medytować. Zawsze chciałem zacząć, ale nie wiedziałem co trzeba robić, żeby wejść „w ten stan”. Nic nie trzeba robić.

Nie przestałem tworzyć muzyki. Dużo się nauczyłem na błędach.
Nie przestałem pisać pamiętnika.
Spędziłem wiele niesamowitych nocy na dachu poznańskiego wieżowca o najbardziej nietypowych porach, oglądając rozświetlone miasto z góry z przyjacielem, który najbardziej mi pomógł podczas najgorszego okresu w moim życiu. A parę razy zabraliśmy tam kilka innych istot ludzkich poznanych podczas wspólnych wypadów na miasto i zrobiło się jeszcze przyjemniej.
Nocami śmigałem rowerem po pustych poznańskich ulicach oraz pobliskich miasteczkach i bardzo mi się to podobało.




Były miłe imprezy i kilka niezapomnianych wieczorów z przyjaciółmi.
Poleciałem do Norwegii. Moja pierwsza samotna podróż, chociaż teraz widzę, że raczej wycieczka. Poznałem świetnych ludzi, odkryłem, że nie warto odkładać marzeń na później tylko po to, żeby nie realizować ich samemu. Że pewne rzeczy lepiej robić na własną rękę. Przywiozłem tony świetnej muzyki (do dzisiaj nie odsłuchałem nawet połowy), doświadczeń, głodu dalszej podróży i poznawania świata.
Skończyłem studia, zdałem licencjat i to na piątkę (nie żeby miało to jakieś znaczenie, ale chociaż rodzinka się cieszyła). Wreszcie zakończyłem ten etap. Nic mi nie wisi nad głową. Poprzedni rok był najgorszym rokiem w moim życiu i były takie chwile gdy myślałem, że nie dam rady, że już nie mam siły. Nie chcę, nie umiem, nie potrafię.
Ale ścisnąłem się za jajka i udało się. I to w dobrym stylu.




Ponad miesiąc mieszkałem w Monachium w… instytucie patologii. Czasem rano pracownicy wynosili trumnę do karawanu. Memento Mori. Wydaje nam się, że tak dużo czasu mamy na swoje marzenia, że ciągle będzie jakieś później. Otóż nie.
Jeździłem o czwartej rano rowerem po opustoszałym mieście do pracy i myślałem nad życiem. Biegałem w kaloszach. Jadłem precle z masłem i serem. Kąpałem się w rzece. Doszedłem do wniosku, że Niemki to piękne i niesamowicie zadbane kobiety (serio, wcale nie wyglądają jak krowy, są miłe, urocze i ślicznie się uśmiechają- mit obalony). Bardzo miły czas. Konfrontacja z własnymi ograniczeniami w wielu różnych sferach. 



Później znów miesiąc w Polsce, kilka bardzo pozytywnych zaskoczeń i wspaniałych chwil.
Następnie Hiszpania. Trochę czasu z moją siostrą, która jest również zajebistą przyjaciółką. A później pojechałem autostopem do Maroko. Nie wiedziałem czy się uda, obawiałem się wielu rzeczy, ale byłem uparty i również się udało. Moja pierwsza długa samotna podróż. Spędziłem dwie noce na Saharze. Biegałem nago po najpiękniejszej plaży, jaką w życiu widziałem. Mnóstwo niesamowitych przygód, emocji. Wspaniali ludzie i inspiracje. Uznałem, że koniecznie muszę opanować kolejny język, bo niektórzy w moim wieku znają już po pięć. Płynnie, bez akcentów. Założyłem sobie tego bloga, bo czemu nie? Zamierzam dalej podróżować. Jeszcze więcej.

Zdałem sobie sprawę, że podróże towarzyszą lub poprzedzają wszystkie najważniejsze momenty w moim życiu. Zawsze wkrótce przed, niedługo po lub w trakcie podróży dzieje się coś przełomowego.

Po skończeniu liceum pojechaliśmy z kumplem autostopem do Holandii. Przez trzy tygodnie zwiedziliśmy prawie cały kraj. Szukaliśmy pracy, ale nie znaleźliśmy jej, bo przyjechaliśmy w złym terminie, nie znaliśmy niderlandzkiego, a po angielsku gadają tam nawet pięcioletnie dzieci i stare dziadki pracujące w szatni. Chyba taki los, dobrze się stało.

Kiedy byliśmy w Haarlemie albo w Hadze- już do końca nie pamiętam- wybrałem się sam na plażę. Wziąłem ze sobą kartkę i długopis. Zapisałem na niej listę mojego życia. Rzeczy, które chcę zrobić, zanim się zestarzeję i zanim umrę. Znalazły się tam różne pozycje- od „nauczyć się śpiewać”, przez „nauczyć się pływać wszystkimi stylami”, „ogolić się na łyso” do „zarobić milion” i „kupić dom nad morzem”. Teraz to jest bardzo modne na blogach samorozwojowych, wtedy chyba jeszcze nie było.
Niektóre z tych celów wcale nie są już dla mnie ważne. Niektóre dalej są. Inne wręcz mnie śmieszą.
W pewnym momencie, chwilę przed tym, zanim skończyłem pisać, zawiał wiatr.
Kartka uciekła z moich rąk. Zaczęła turlać się po piasku, a później trzepocząc wzleciała w powietrze. Zerwałem się i zacząłem ją gonić. Chciałem ją odzyskać. Biegłem sprintem, ale wiatr był szybszy. Kilka razy już prawie ją miałem, ale podmuch znów ją zabierał, jakby bawił się ze mną w kotka i myszkę, a wtedy traciłem równowagę i przewracałem się na piach. Spacerowicze zastanawiali się, co takiego jest na tej kartce, że aż tak mi na niej zależy. Kilka razy lądowała na kocach innych ludzi. Kiedy chcieli ją dla mnie złapać, znów uciekała. W końcu ją dorwałem, ale prawie dostałem zadyszki.

Czasami lubię wierzyć w romantyczne symbole.

Goniłem swoje marzenia- dosłownie. I złapałem je.

To było prawie cztery lata temu. Podobne listy zrobili moi przyjaciele, niektórzy jeszcze na lekcjach w liceum. Rok po powrocie z Holandii zapytałem ich jak im idzie odkreślanie kolejnych pomysłów. Okazało się, że wszyscy pogubili swoje listy - przy sprzątaniu pokoju, przy wyrzucaniu szkolnych podręczników, albo po prostu uznali że to dziecinne albo nierealistyczne. Wyrzucili swoje marzenia.

Moja lista, pognieciona i pomarszczona niczym jeden z tych sztucznych pirackich listów, które  za dzieciaka pisaliśmy piórem i polewaliśmy herbatą, żeby zżółkły (uwielbiałem to robić, nie wiem jak Wy) dalej leży w moim pokoju. Jest dla mnie bardzo ważna. Wyznacza mi kierunek. Chociaż jest już lekko przestarzała a niektóre cele zmieniłem nieznacznie w biegu, to lubię czasami do niej powracać. Przypominam sobie ten czas, kiedy zaczynałem podróżować. I dalej to kocham. Dopiero patrząc wstecz, kiedy czytam dni mojego życia zapisane w pliku na dysku twardym zdaję sobie sprawę, jak niesamowicie kolorowe ono bywało. I wasze na pewno też, a idąc do pracy w szary, deszczowy i zimny dzień można o tym zapomnieć.
I po prostu czuję się lepiej.

Odkreśliłem już 8 celów na 80.

Zamierzam dalej realizować moją listę.

I wymyślam nowe marzenia, nie tylko podróżnicze. Chciałbym wreszcie nauczyć się pływać na Kitesurfingu i Windsurfingu. Ale zobaczymy jak to wyjdzie- rok jest za krótki, dzień jest za krótki na to wszystko. 

Mogę zrozumieć wszystkie problemy ludzkie, prawie wszystkie zboczenia, mogę nawet zrozumieć to, że ktoś słucha dubstepowych remiksów Chopina, naprawdę jestem aż taki tolerancyjny, ale nie potrafię pojąć, jak do chuja ciężkiego można się NUDZIĆ? Doba powinna trwać co najmniej 72 godziny.

I zamierzam teraz pisać więcej. Bo chyba to lubię i chyba mi wychodzi, a przynajmniej lubię tak myśleć.

Obiecuję opisać resztę mojej podróży po Maroko zanim wyruszę w dalszą drogę.

Bo już wiem gdzie, kiedy i z kim polecę. Ale na razie to tajemnica.

--------------------
P.S

Niektórzy mnie pytali dlaczego już wróciłem skoro jestem multimiliarderem i mogłem jeszcze kilka miesięcy żyć w domku na plaży wcinając świeże ryby i owoce granatu, dlaczego nie pojechałem w głąb Afryki, bla, bla, bla...  - po odpowiedź odsyłam do wywiadu ze mną na Gap Year.pl (że "lans"):



Szczęśliwego Nowego Roku ! Niech chillout będzie z Wami. 

1 komentarz: