wtorek, 27 listopada 2012

Podróże nie kształcą.



Mawia się, że podróże kształcą. Ja natomiast twierdzę, że jeżeli ktoś jest debilem (a najczęściej zostaje się nim z wyboru), to już nic mu nie pomoże, zwłaszcza krzątanie się po kuli ziemskiej. Są ludzie, którzy zdecydowanie powinni zostać w domu i nie robić już trzody.
Mówię tutaj zarówno o backpackersach, którzy czynią wszystko, żeby wyglądać jak bezdomny Bob Marley, jak i sponsorowanych przez rodziców wielkich odkrywcach niezbadanych lądów, których wiekopomne czyny tak napompowały ich ego, że przed napisaniem do nich jakiegokolwiek maila oczekiwaliby, abyście najpierw nałożyli garnitur.

W liceum miałem tysiąc pomysłów na minutę (dotychczas niewiele się pod tym względem zmieniło). Jednym z nich były studia za granicą. Marzyła mi się Australia i całkiem „na poważnie o tym myślałem”. Większość licealistów cechuje duża ilość siana we łbie i ze mną nie było inaczej- wiedziałem, że to nie jest tania zabawa, ale w najbardziej ponurych wizjach nie dostrzegałem nawet jednej piętnastej kosztów, które trzeba ponieść. Postanowiłem zasięgnąć porady od ludzi, którym się udało. Napisałem do jednego faceta, który studiował „Special FX” w Melbourne. Nakreślił mi, jak mniej więcej sprawa wygląda, powiedział wprost, że ma szczęście- bardzo dzianych rodziców- i że z tego korzysta. Był bardzo miły i rzeczowy. Rozwiały się moje pierwsze złudzenia, ale próbowałem dalej. W tamtych czasach wydawało mi się, że ludzie robiący w życiu niesamowite rzeczy są zazwyczaj wspaniali w ogóle – również w kontaktach z innymi.
W ogóle, dużo mi się wtedy wydawało.
Kilka dni później, na jednej ze stron podróżniczych, znalazłem dziewczynę która ogromnie mi zaimponowała. W pojedynkę spenetrowała kilka trudnych krajów w środkowej Afryce. Podobno była jedyną białą kobietą, którą dopuszczono do wzięcia udziału w rytualnym obrzezaniu syna wodza wioski któregoś z plemion na wymarciu, czy jakoś tak. Całkiem imponujące portfolio. Mało tego, okazało się, że studiowała w Australii! Od razu usiadłem do pisania maila. Dałem jej znać, że bardzo imponują mi jej podróże, że sam też chcę robić takie rzeczy, ale najpierw chciałbym troszkę postudiować. Pytałem też o koszty życia i różne inne informacje, ale myślę, że nie byłem upierdliwy. Wiadomość była dość krótka i sformułowana w uprzejmy sposób. Po polsku pisać umiem, z obsługą skrzynki mailowej też jakoś ogólnie sobie radzę, wydawało mi się, że wszystko jest ok.
ZNÓW- MI- SIĘ- WYDAWAŁO! Zapomniałem o jednej bardzo ważnej rzeczy, o której trzeba pamiętać, pisząc z tak wielką osobistością- formie grzecznościowej "per Pani"!
Pani odpisała oburzona, w tonie opryskliwym i zgorszonym. Pani zapewne chciała, żeby parobek Janusz najpierw przyleciał do Australii i umył Pani buciki, a tymczasem, on niesforny, WYSMAROWAŁ MAILA PISZĄC NA „TY”!
Po pierwsze, dostałem opierdol (użycie mniej wulgarnego słowa w tym przypadku nie ma sensu,  bo to nie była reprymenda, to naprawdę był już opierdol z grubej rury), że taki gówniarz jak ja nie ma prawa pisać do kobiety starszej o …bodajże 5 lat na Ty. W następnym zdaniu dorzuciła kilka uwag na temat umiejętności wychowawczych moich rodziców. Po drugie, studia tam to drogie rzeczy i że to nie dla każdego. Po trzecie, że zaiste, jest wielką podróżniczką a imię jej Czterdzieści i Cztery, natomiast wszystkie informacje odnośnie nauki w Australii mogę sobie znaleźć w Internecie i żebym nie zawracał jej głowy. Ogólnie, mail był nieprzyzwoicie długi w stosunku do zawartej w nim treści merytorycznej.
Odpisałem jej, że może faktycznie trochę skusiłem i że jeżeli ją uraziłem, to przepraszam, ale że rozmawiałem i pisałem z kilkoma innymi sławnymi podróżnikami/osobistościami (gwoli ścisłości, ona nie była i nie jest zbyt znana) kalibru DUŻO większego od niej (czyt. nie dorastała im do pięt) i wszyscy jak jeden mąż powtarzali mi „panowali to sobie w siedemnastym wieku, wyluzuj, bo czuje się przez ciebie staro”. Napisałem też, że gdybym istotne, satysfakcjonujące opinie z pierwszej ręki mógł znaleźć na forach internetowych, to bym darował bym sobie pisanie maili do ludzi. To była dość krótka wiadomość. Kilka zdań.

Odpowiedzi się nie spodziewałem. Zniszczyła mnie doszczętnie. Straciłem wiarę w człowieczeństwo. Mail zawierał, co następuje:

Po pierwsze, to że wielcy ludzie kazali mi mówić na Ty, to nie znaczy, że tego chcieli. Pewnie robili to z grzeczności, bo widzieli przed sobą niewychowanego gnojka, albo nie chcieli mnie…onieśmielać. 
No tak, ma to sens, ma to sens.
Po drugie, okazuje w ten sposób jej i jej nieziemskim dokonaniom zupełny brak szacunku.
Trzeci punkt zawierał szczegółową analizę mojej osoby. Co najmniej na kilkadziesiąt zdań. W wysokim, inteligenckim stylu pisała coś o kompleksach, odwoływała się do plebejskiego poczucia niższości i problemów proletariatu, który cierpi na niespełnione ambicje względem ludzi z wyższych sfer. Wybrani, pochodzący z bogatych rodzin, mogą sobie pozwolić na takie studia i takie podróże, a ja nie, dlatego też właśnie zazdroszcząc jej (bo zdenerwowany napisałem też, że może jednak wcale nie jest aż tak wielką eksploratorką jak jej się wydaje, skoro wszystko zafundowali jej rodzice i nie musiała zapracować na swoje marzenia) bo pewnie pochodzę z rodziny robotniczej, mam kompleksy względem kobiet i …matko, ten mail był NAPRAWDĘ długi.
Dobra, wiem że wiele dziewczyn lubi bawić się w rzutowanie swoich chorych projekcji na facetów i udawać niedorobionego Freuda, ale mówimy tutaj o gimnazjalistkach, ewentualnie o wyjątkowo fatalnych, uszkodzonych genetycznie niedobitkach z liceum. Ta kobieta miała około 25 lat i miała na koncie wiele ciekawych dokonań. Co ją skłoniło do tego, żeby z własnej woli zostać debilem? Miała odwagę, miała możliwości, miała w sobie siłę, żeby je wykorzystać, ale jej świadomość cierpiała na ostrą grypę. Albo może biegunkę.
Odpisałem jednym zdaniem: Nikt wielki nie miałby ani czasu ani chęci na pisanie darmowej analizy osobowości dla gnojka z liceum.
Na swoje i moje szczęście, poszła po rozum do głowy i już się nie odezwała.


Siedziałem w jednej z turystycznych restauracji w Chefchaouen, najpiękniejszym miasteczku jakie dotychczas widziałem, który po pełnym przygód, ale męczącym i przerażającym pobycie w Tangerze jawił mi się jako Niebo na Ziemi. Pomijam przepiękne, magicznie błękitne uliczki i fasady budynków. Arabów wymieniłem na Berberów- oni też mieli dość tych pierwszych i kilkaset lat temu czmychnęli w góry tudzież na pustynię. Niby mieszkają w tym samym kraju, modlą się do tego samego Allaha, a jednak jacyś tacy inni, bardziej ludzcy. Zajadałem sobie tajin z kurczakiem i warzywami (sprawdźcie sobie w Internecie co to jest, nie zawracajcie Wielkiemu Podróżnikowi głowy, plebsie!) obserwując ludzi. Białasków było niewielu. Kilka malutkich grupek. Większość stanowiły rodzinki ze Stanów i Francji. Ot, tacy normalni turyści na własny rachunek. Raptem pojawili się ONI.

Widząc dwóch młodych kolesiów z plecakami, odruchowo uśmiechnąłem się. Już chciałem zagadać. Już chciałem się dosiąść. Ależ bym spartaczył sobie obiad!

Na szczęście po kilku sekundach moją uwagę przyciągnęły dwie niewiasty siedzące stolik przede mną, więc jeśli miałbym kogoś poznawać, to raczej je. Niemniej jednak zdecydowałem że jedzenie "mięska i ziemniaczków" póki ciepłe, ma dla mnie wyższą wartość niż jakieś zabłąkane turystki siedzące do mnie tyłem.
-To będzie dobry filmik na youtube. Traktuję to raczej jako inwestycję.
- …nie ma za co. – do backpackersów przysiedli się jacyś (chyba) Marokańczycy. Wyglądali jak bywalcy tureckich dyskotek i próbowali sprzedać podróżnikom jakiś przezabawny pomysł.
Dla odmiany, backpackersi wyglądali jak ludzie bezdomni. Mogę zrozumieć, że długodystansowe przemieszczanie się jest męczące i wiąże się ze zmianą wizerunku- sam zapuściłem brodę, bo chciałem mieć więcej miejsca w plecaku nie biorąc golarki. Mogę zrozumieć, że komuś pobrudzi się ubranie, albo że w drodze chce wyluzować. No ale, dupa jasna, BEZ PRZESADY. Goście swoim zarostem zawstydziliby Jezusa Chrystusa i dwunastu jego apostołów oraz wszystkich popów rosyjskich i nawet samego Rasputina. Ubiór pominę milczeniem, ale chyba chcieli wyglądać jak Tony Wheeler zdobywający Afganistan autostopem w latach siedemdziesiątych. Mając jakieś 25 lat (może to jest zły wiek?) wyglądali jak dzieciaki urwane z Woodstocku. Dodatkowo, do swoich plecaków władowali chyba cały dorobek życia, ale o tym innym razem. Nie potrafię zrozumieć, co kieruje ludźmi, którzy podróżując starają się za wszelką cenę wyglądać jak swołocz z bramy. Może myślą, że stylizacja na  wyluzowanego brudasa zaskarbi im sympatię miejscowych, bo to w końcu trzeci świat? NIE! Ludzie zwracają uwagę na wygląd-WSZĘDZIE. Im schludniej wyglądacie, tym lepiej dla Was. Schludnie nie znaczy elegancko, ani z włoskami na żel, albo w rureczkach vansa, tylko CZYSTO. Jak ktoś, kto o siebie dba. Niesamowite odkrycie, nie? Niektórzy jeszcze nie doszli do tego wniosku. Nie polecam podróżowania w garniturze przez amazońską dżunglę, ale jakiś szacunek dla ludzi spotykanych na drodze by się przydał. 
Co prawda staram się nie oceniać innych po wyglądzie, ale wszystkie społeczeństwa na całej Ziemi to robią, bo ubiór zastąpił nam futerko, więc podświadomie oceniłem. I jak prawie zawsze, zrobiłem to prawidłowo, przypinając im łatkę skończonych idiotów.
Po chwili się zaczęło. 
Marokańcy dali naszym hipisowskim poszukiwaczom przygód banknot, chyba 20 denarów. Jakieś 7 złotych. Dla nas niewiele, w Maroko całkiem dużo. Jeden z nich wstał i położył kasę na ziemi. Tak to wtedy wyglądało. Ale nie położył. Przykleił go czymś, głupi kutas. 
Wrócił na swoje miejsca i szampańsko się bawili, obserwując jak dzieciaki i starcy, dla których 20 denarów to cały dzień ciężkiej pracy, próbują zdrapać bankot z ziemi, tylko go niszcząc. Po dwóch minutach wokół zebrało się naprawdę dużo osób. Patrzyłem na ucieszone gęby Austriaków i odechciało mi się jeść. Bardziej chciałem zwracać. Wiele osób nie ma pojęcia, jaką nędzę można znaleźć kilkanaście minut po przybyciu do Afryki. Boję się myśleć, co jest dalej, w głębi kontynentu. Oni to widzieli, a mimo to zdecydowali się na ten pyszny żart. W dupie mam, że dwóch nadzianych marokańców ich na to namówiło. Na szczęście muzułmanie to żywiołowi ludzie i po kilkunastu minutach chłopaczki prawie dostali po buźce. Mieli szczęście, że byli wysocy. Jeden z nich już chciał iść w bójkę, drugi go powstrzymał i jakoś udobruchał całe towarzystwo. Oczywiście jeszcze się tłumaczył, bredząc coś o różnych punktach widzenia i różnych prawdach, bo przecież każdy ma prawo do swojej. Przepraszał i usprawiedliwiał swój debilizm, jednocześnie dając znać, że wcale nie uważa, żeby to było coś złego. NIE MA wielu różnych prawd. Jest jedna. Zawsze. Upływ czasu weryfikuje która.
Później posiedzieli jeszcze trochę w restauracji psując mi widok na starą Kasbę i poszli w cholerę. Mniejsza z wartością pieniądza, zrobili sobie show z innych ludzi. To naprawdę były zabawne żarty, ale podstawówce. Wyglądali na gości, którzy w drodze byli już długo, dużo widzieli i doświadczyli, jakim cudem, pytam się, dalej mieli w sobie tyle gówna? W sumie, przerażająca liczba podróżników z plecakami których spotykałem na drodze okazywała się oscylować na poziomie świadomościowym muchomora, ewentualnie dobrze odżywionej marchewki.



Podróże kształcą? Niekoniecznie. Są jak narkotyki i to już wiem na pewno- bo uzależniają jak szpryca i przestawiają priorytety. Ale mają chyba też inną właściwość. Z każdego wyciągają najgorsze cechy. Jednocześnie podkreślają osobowość, wszystkie skrajne punkty. Podróżujący debil, tak samo jak ćpający lub pijący- może stać się jeszcze większym jełopem. Czy narkotyków nie można używać mądrze? Pewnie można. Tylko pytanie, co zdecydujecie się zrobić z tym, co z was wyjdzie.

Jakieś przemyślenia? W tym odcinku Wielki i Niesamowity Podróżnik Janusz VIII Szczodrobliwy łaskawie pozwala wam komentować. Mam nadzieję, że was to nie onieśmiela.


3 komentarze:

Marcin Dominiak pisze...

Teraz, to dopiero mógłbyś w pełni odpowiedzieć na topic: Travel broadens the mind :)Marcin Dominiak

Anonimowy pisze...

Nie wiem co to tajin. Jestem plebsem. Gleba

Anonimowy pisze...

Stary, fajnie że jesteś.